Kategorie

Jazz Miasta Królowej

  • Kod: 83-7298-688-6
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Goonan, Kathleen Ann
  • Cena w naszym sklepie: 13,50 zł
    Cena detaliczna: 35,90 zł

W świecie z niezbyt odległej przyszłości promieniowanie kosmiczne uniemożliwia komunikację radiową, przez co dochodzi do niemal całkowitej izolacji rozsianych po świecie społeczności. Zastosowanie nanotechnologii doprowadziło do potwornych wojen, katastrof i wymierania ludności. Młoda Verity, wywodząca się z grupy szejkerów, osiadłych blisko opuszczonego Dayton w stanie Ohio, odkrywa w sobie zdolność porozumiewania się ze skomputeryzowaną biblioteką miejską. Dowiaduje się tam o istnieniu "ożywionego" Miasta Królowej - Cincinnati, stworzonego i kierowanego przez nanotechnologię w oparciu o zasadę funkcjonowania społeczności pszczelej w ulu.
Kiedy Blaze, jedyny młody mężczyzna na farmie, zostaje zastrzelony, Verity otacza jego ciało nanotechnologicznym kocem i wyrusza z nim do  miasta-legendy, w którym gigantyczne genetycznie zmutowane pszczoły roznoszą po ulicach informacje, a ogromne kwiaty wyrastają na szczytach żyjących budowli. Tylko tam Blaze może zostać wyrwany ze szponów śmierci. Cincinnati okazuje się jednak miastem, w którym marzenia przekształcają się w koszmar…

"W rękach Kathleen Ann Goonan science fiction staje się liryczna i do głębi ludzka, zaś przemyślana w najdrobniejszych szczegółach przyszłość sprawia wrażenie całkowicie wiarygodnej i jest wyjątkowo poruszająca."
Lucius Shepard

"Spektakularne osiągnięcie (…). Oczywiste nasuwające się porównanie to wcześniejsze arcydzieło z gatunku nanotechnologii, Pieśń krwi Grega Beara, lecz Goonan wykracza daleko poza grozę Beara i dowodzi, że w tej dziedzinie tkwi potencjał równie potężny jak w wirtualnej rzeczywistości, która obecnie święci triumfy wśród entuzjastów fantastyki popularnonaukowej. Jazz Królowej Miasta to pierwsza w tym roku i niewątpliwie najważniejsza debiutancka powieść o tak wielkiej maestrii kompozycyjnej i złożoności."
"Locus"

"Dzieło Goonan robi ogromne wrażenie (…). Żaden czytelnik nie pożałuje, że wraz z Verity wybrał się w fascynującą podróż, w celu odkrycia samego siebie, i z całą pewnością tego nie zapomni."
Paul Di Fillippo, "SF Eye"

"Najwyższej klasy autorka, dysponująca ogromnym talentem i energią (…), przedstawia swoją apokaliptyczną wizję w kilku krótkich, precyzyjnie dopracowanych scenach, które dowodzą, że osobiste niepowodzenia mogą zapoczątkować wielkie wydarzenia w historii."
"The New York Times"

Rok wydania: 2004
Stron: 520
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Piotr Budkiewicz

Fragment tekstu:

Dla Josepha


Dziękuję moim czytelnikom: Steve'owi Brownowi, który wierzył w tę książkę i wybrał imię Verity, oraz Wandzie Collins, Sage Walker, Pam Noles i Beverly Suarez-Beard. Ponadto składam podziękowania Virginii Kidd, której zapał pomógł mi dokończyć pracę, oraz Davidowi Hartwellowi, którego uwagi okazały się nieocenione.
Szczególnie gorąco dziękuję mężowi, Josephowi Michaelowi Mansy'emu, za wsparcie, słowa zachęty i pomoc naukową, także Tomowi Goonanowi za liczne sugestie o charakterze historycznym i technicznym, Johnowi Cramerowi za pomysł, który nadał sens książce, Amy Roberts, za pomoc duchową, i wreszcie Irmie, Mary i Susie Goonan.
Podczas pracy nad książką towarzyszyło mi wspomnienie po Russellu i Verze Goonan, a także Clarensie i Evie Knott - oraz ich domach rodzinnych - podobnie jak pamięć o Stevie Hibberdzie.

 

Osobliwe przyszłości pozostają niezgłębione, kryjąc światy dla nas niewyobrażalne.
Eric Drexler
Engines of Creation

W Nowym Orleanie - gdyby można było dotrzeć do Nowego Orleanu - muzyka nigdy nie bywa zbyt głośna.
Annie Dillard
An American Childhood

1
To dar


Niekiedy rozpościerają ręce, a potem biegną - lasami - przez pola, pokonują płoty, bagna, wszystko…
Ludzie zwani szejkerami

Jeden
Prawdziwa prostota
John był błękitny, jednolity jak odległe, niebieskie światło na niszczejących torach kolei Maglev. Mimo zakazu Evangeline, Verity i Cairo powędrowały nią któregoś wiosennego dnia, kiedy Verity miała zaledwie dziesięć lat. Teraz wpatrywała się w światło z zadumą, myśląc o Johnie. Jak wyjaśnił, kolej wciąż otrzymywała tajny sygnał, zaprogramowany w jej procesorach i aktywowany przez moc skupioną w bateriach słonecznych.
Verity zsunęła słomkowy kapelusz na ramiona i teraz zwisał na sznurku wokół jej szyi. Przez dłuższy czas patrzyła na światło, aż wreszcie Cairo, jej suka, kilka razy okazała niepokój, wysyłając obraz domu. W odległości ośmiu kilometrów od rzeki Great Miami, na niskim wzgórzu, dobrze widocznym na tle błyszczącej zieleni morza soi i kukurydzy, wznosił się biały, prosty dom o konstrukcji szkieletowej. Pismo zezwalało na użytkowanie energii słonecznej, pod warunkiem, że nie była ona Ożywiona, dlatego mieli na dachu kilka starych ogniw, które John sprowadził z odległego Columbusa.
W dzieciństwie Verity wybrała się w drogę z Johnem, kusząc konia obrazami owsa, chociaż John twierdził, że zwierzę szło ze strachu przed jego batem. Puste, zdezaktywowane Miasto głośno ich zganiło za odłączenie ogniw. Verity była przestraszona, ale zafascynowana. Błagała, aby wracali, lecz John bał się jeszcze bardziej od niej, a zresztą droga trwała kilka dni. Z Columbusa wywieźli tylko jeden ładunek przedmiotów. Cincinnati leżało bliżej, lecz wciąż jeszcze żyło, a Pismo kategorycznie zabraniało kontaktu z Ożywionym Miastem. John niechętnie odnosił się do pomysłu podróży do Dayton, chociaż leżało ono w odległości zaledwie szesnastu kilometrów od Wzgórza Szejkerów.
Kiedy ludzie byli kolorami, Sare przybierała barwę żółtą niczym ciepła, złota kasza kukurydziana, świeżo zmielona w młynie nad Bear Creek, albo słońce, które dopiero co wstało nad polami i lasami zachodniego Ohio. Evangeline, bliźniaczka Sare, była twarda i zielona jak szmaragdowy pierścionek na prawej dłoni Verity. Obydwie miały około czterdziestki.
Blaze, dziewiętnastolatek, był nieujarzmiony niczym pomarańczowy, jesienny zachód słońca, widziany przez czarne gałęzie opustoszałego sadu tuż przed nadejściem burzy. Również ów dźwięk był nieodłączną cechą tego młodego człowieka: gwałtowny szum gałęzi, poruszanych wiatrem z równin na zachodzie, który mroził niebo nagłym chłodem. Verity uwielbiała zmiany pogody, a także jej podobieństwo do ludzi. Kiedyś podłączyła się do jednego ze starych programów pogodowych i przez kilka godzin w przyspieszonym tempie przeglądała wieloletnie zapisy układów burzowych, aż w końcu John gwałtownie otworzył drzwi do zaciemnionej na wieczór biblioteki i zerwał połączenie. W nieprzyjemnych słowach poinformował Verity, że może czytać wszystko, co zechce, ale od tego ma się trzymać z daleka i nie musi nic więcej wiedzieć. Wpadła w złość. Wyjaśniła Johnowi, że pogoda jest niesłychanie ważna dla rolników, na co on odparł, że ta pogoda ma już sto lat i przez ten czas dużo się wydarzyło.
Mimo to później często kryła się w kącie biblioteki i ponownie podłączała. Russ twierdził, że to nie szkodzi. Wszystko w bibliotece było przeznaczone dla nich. John nie był szefem, tylko tak mu się niekiedy wydawało. Drobnych guzków za jej uszami - tam się podłączała - nie odkryto do chwili, kiedy została oczyszczona, zweryfikowana i wywieziona z Edgetown, nieopodal Cincinnati. Miała wówczas prawdopodobnie trzy lata.
Sare opowiedziała Verity, w jaki sposób natrafiła na guzki. Stało się to już drugiego dnia jej pobytu z nimi. Sare plotła jej warkocze, kiedy małym palcem wymacała narośl po prawej stronie głowy.
- Zadrżałam - wspominała. - Potem odgarnęłam ci włosy, żeby lepiej zobaczyć. Nie należę do mięczaków, ale wtedy o mało nie zemdlałam.
Verity została zweryfikowana jako wolna od zarazy, a test wykonał Certyfikator, starzec z Edgetown. Dziewczyna nie pamiętała badania, lecz najprawdopodobniej zabrano ją do małego, czarnego budynku, a po pewnym czasie wyprowadzono. Szejkerzy nie mieli pojęcia, co się działo w budynku, ale głęboko ufali starcowi, który był przyjacielem ich od dawna nieżyjącej siostry. Chociaż Verity okazała się wolna od zarazy, guzki świadczyły o jej nienormalności, a przyczyny i skutki tej anomalii były szejkerom całkowicie nieznane, dlatego też należało się ich obawiać.
Niezwłocznie zwołali zebranie. Verity mogła sobie wyobrazić, jakie kłótnie wówczas wybuchły, lecz już obdarzono ją uczuciem i, rzecz jasna, zatrzymano, pomimo nieznanego niebezpieczeństwa.
Od czasu, gdy szejkerzy zaakceptowali Verity na Wzgórzu Szejkerów, nie ośmielili się powrócić do Edgetown, chociaż zmarły dwie starsze i czterech starszych, których należało zastąpić. Nigdy o tym nie mówili, lecz Verity wiedziała, że to wszystko przez nią. Guzki za jej uszami świadczyły o przeprowadzeniu jakichś manipulacji, mogących w nieznany sposób zainfekować szejkerów, a nawet doprowadzić ich do śmierci. Wzięli na siebie odpowiedzialność za Verity, lecz strach przed nieznanym powstrzymał ich przed powrotem do Edgetown po inne dzieci. Społeczność zmalała, choć jeszcze dwadzieścia lat wcześniej kwitła. Liczyła wtedy pięćdziesięciu braci, w większości starców. Ostatni z nich zmarli, kiedy Verity była dzieckiem.
Jak dotąd, przez wszystkie lata, Verity nie spowodowała jednak żadnego zagrożenia. Wydawała się całkiem normalna. Czuła, że ma szczęście, iż znalazła się na Wzgórzu Szejkerów. Tak jej powiedziano i wierzyła w to. Jej dni i noce stały się elementem większego cyklu życia szejkerów, związanego z ziemią i polegającego na oszczędnym gospodarowaniu i korzystaniu tylko z tego, co niezbędne. Szejkerzy po śmierci szli do nieba, ogromnie przypominającego Ohio: wszystko było uporządkowane i wypełnione żywym światłem. Verity dość często czuła, że wszyscy przez nie przechodzą, zwłaszcza wieczorem, kiedy przygotowywali kolację, a czasami przy zwózce siana. Większość szejkerów nie przepadała za Cairo. Kilka lat wcześniej suka wyszła z krzaków, merdając ogonem, i została psem Verity. Były nierozłączne.
Reszta rodziny Verity skrywała się w prywatnych pomieszczeniach, w których żyli bracia i siostry. Otaczały ją życzliwe twarze, przyjazne ramiona, głosy, które karciły lub częściej łagodnie poprawiały i instruowały, zżyta i zorganizowana społeczość, czuwająca nad nią. Dopiero gdy Verity skończyła szesnaście lat, wzięła udział w żniwach pszenżyta: samodzielnie, bo tamtego dnia Tai Tai źle się czuła.
Verity od dzieciństwa nie widziała Kwiatów, lecz często za nimi tęskniła. W takich chwilach szybciej oddychała i kłuło ją w klatce piersiowej, a w jej umyśle tworzyła się wizja, coraz bardziej natarczywa, niczym światło dnia. Z trudem mogła uwierzyć, że Pszczoły są niemal wielkości ludzi - o ile, rzecz jasna, w ogóle istniały - lecz w dniu żniw, gdy miała szesnaście lat, odkryła, że to prawda.
Plecy bolały ją od schylania się z kosą. Jej rower leżał pół kilometra dalej, na szczycie wysokiego brzegu równiny zalewowej, na której pracowała. Przerdzewiały, niebieski pojazd połyskiwał w słońcu. Oliwkowozielona rzeka Great Miami, ograniczona stromizną na końcu pola, migotała na całej powierzchni. Każdej wiosny wylewała, nawożąc ziemię, do której w rezultacie warto było jechać kwadrans rowerem. Po drugiej stronie rzeki rozpościerały się ruiny małego, starego miasteczka Miamisburg. Wywołana trzęsieniem ziemi powódź zmiotła większość domów. W rzece spoczywało kilka splątanych elementów zawalonego, żelaznego mostu.
Verity zwolniła tempo pracy, gdy jej ciało wyczuło obce wibracje, zanim jeszcze dotarły one do jej uszu. Cairo, odpoczywająca w chłodnej gęstwinie na skraju pola, uniosła się i zaskowytała.
Verity odwróciła głowę, osłoniła oczy dłonią i dostrzegła na tle słońca małą, czarną plamkę, która stopniowo rosła.
Podążała wzdłuż koryta rzeki.
Pszczoła.
Verity wpatrywała się w nią tak intensywnie, że oczy zaczęły ją szczypać od zalewającego je potu. Stała siedem metrów od stromego wzgórza nad rzeką. Chciała biec, ukryć się, lecz nie mogła oderwać nóg od ziemi. Jej serce skurczyło się ze strachu, kiedy stopniowo uświadamiała sobie wielkość owada.
Verity drżała od brzęczenia, kiedy Pszczoła zwolniła i unosiła się w pobliżu, nad głównym nurtem rzeki, jakieś dziesięć metrów nad powierzchnią wody. Dziewczyna poczuła podmuch wiatru, wzbudzany przez skrzydła, które wydawały jednocześnie głośny, przyjemny i wibrujący dźwięk. Miała wrażenie, że siła tego odgłosu unosi ją w powietrze.
Jasnozłote i brązowe pasy na tułowiu Pszczoły połyskiwały w świetle słońca. Inne części ciała owada były czarne i lśniące. Wpatrzone w Verity oczy skojarzyły się jej z sercem rudbekii. W powietrzu wibrowały wizje, wymieniane przez Pszczołę i Verity. Cairo skoczyła na równe nogi, szczekając.
Verity ujrzała twarz mężczyzny, oderwaną od tułowia i nierozpoznawalną. Ociekała krwią. Fragmenty mózgu wymieszały się z żółtawymi odpryskami kości. Jedyne oko wpatrywało się martwo w przestrzeń. Verity ogarnęła zgroza, lecz nie mogła odwrócić wzroku.
W umyśle dziewczyny pojawił się obraz martwej kobiety w białym pokoju. Jej bladą twarz oblewały strumienie pulsujących, zielonych i niebieskich świateł. Verity czuła głęboki ból i niewytłumaczalne poczucie winy.
W następnej chwili stała na krawędzi głębokiej przepaści, otoczonej wysokimi budynkami. Daleko w dole płynęły rzeki światła. Po drugiej stronie otchłani w nocnym wietrze unosiła się niewiarygodnie wielka tęcza, wypełniając Verity radością. Nagle zapadł mrok. Verity nie miała wątpliwości, że ciemności już nigdy nie ustąpią.
Ocknęła się, słysząc własny, bolesny krzyk. Znowu zaczynała normalnie widzieć. Ujrzała pole, rzekę, niebo.
Oraz Pszczołę.
Wibrujące skrzydła stworzenia wzbudzały wiatr, który zwiewał włosy z jej twarzy. Od razu uświadomiła sobie, że dotarły do niej obrazy z Cincinnati, lecz nie pojmowała, dlaczego pojawiły się w jej umyśle, co oznaczały i dlaczego sprawiły jej ból.
Nagle zrozumiała, co się za chwilę stanie.
- Nie! - wrzasnęła, gdy Pszczoła wzbiła się wysoko w błękitne niebo i błyskawicznie zanurkowała, z głośnym pluskiem wpadając w rzekę Great Miami.
Verity popędziła do urwiska. Ostre zarośla boleśnie kaleczyły jej nagie ramiona i darły ubranie, gdy częściowo zbiegała, częściowo zsuwała się w dół, wzbijając kurz i kaszląc.
Skoczyła do rzeki, która porwała ją z sobą. Czuła strach: zwykle pływali w górze rzeki, w bezpiecznej zatoczce. Nie zdarzało się im kąpać w głównym nurcie.
Pszczoła wpadła w wir w odległości pięćdziesięciu metrów w dół rzeki. Obracała się powoli, a jej cienkie nogi sterczały nad powierzchnią wody. Verity uświadomiła sobie, że owad jest martwy. Zginął od uderzenia w taflę wody lub się utopił - nie wiedziała, co spowodowało śmierć, lecz ogarnął ją smutek.
Przez chwilę młóciła nogami, walcząc z mroczną falą krwi, wypełniającą jej umysł. Otaczał ją chłodny, czysty nurt, zastanawiała się, jak by to było zanurzyć się głęboko i nigdy nie wypłynąć, tkwić blisko dna, wykonując mocne ruchy, nie wynurzać się na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza, tylko odetchnąć wspaniałą, zimną, zieloną wodą.
Ostatnia myśl Pszczoły ją opuściła. Zadrżała.
Odzyskała świadomość, słysząc szaleńcze szczekanie Cairo. Unosiła się na wodzie, kierując się ku Cincinnati.
Gwałtownie odepchnęła się nogami i obróciła ku filarowi starego mostu kolei Maglev. Następnie zdyszana wygramoliła się na brzeg. Utykała w śliskim mule, a Cairo tańczyła wokół niej, liżąc ją po twarzy, wysyłając obraz, który ją rozbawił: pustą miskę.
Uściskała psa i głęboko odetchnęła jego zapachem. Rozgrzana, krótka sierść o czarnej barwie drapała ją lekko w nagie ramiona. Cairo delikatnie zacisnęła pysk na przedramieniu Verity i zwolniła uścisk, pozostawiając drobne, białe ślady zębów na skórze swojej pani.
Verity wstała. Czekała ją długa wędrówka z powrotem na pole, a przed zapadnięciem zmroku musiała jeszcze skosić prawie cztery ary zboża.
W tamtej chwili, gdy wyżymała koszulę, wydarzył się drugi cud w dniu, który później nazwała dniem cudów, chociaż były one mroczne, osobliwe i niepokojące. Z Pisma wiedziała jednak, czym jest cud: czymś niezrozumiałym, przerażającym, czymś, co wskazuje kierunek i jaśnieje w mroku nocy niczym kamień radiowy.
Usłyszała cichy śpiew. Nie zapadł jeszcze zmrok, kończył się najgorętszy okres lata, było upalnie i bezwietrznie, wręcz duszno. Właśnie dlatego usłyszała tratwiarzy, nie tyle słowa, ile melodię, wznoszącą się i opadającą.
Stała na brzegu, ociekając wodą, zdyszana, gdy wyłonili się zza zakrętu, za którym leżało Dayton: dobre Miasto do zdobywania takich przedmiotów, jak słoiki na przetwory, a także bezpieczne, bo nigdy nie było Ożywione. Niemniej John i tak się go lękał.
Doliczyła się dziesięciu. Wszyscy stali, patrząc przed siebie: Norleańczycy. Musieli oddalić się od Starej Ohio w pobliżu Steubenville, na trasie do Wirginii Zachodniej. Około sześćdziesięciu lat temu podczas trzęsienia ziemi otworzyło się stare łożysko Ohio, które niegdyś, pod koniec ostatniego zlodowacenia, znajdowało się na południe od lodowca. Część rzeki ponownie wypełniła dawne koryto i zasiliła Great Miami. Tak przynajmniej twierdził Blaze. Jego zdaniem Stara Ohio wciąż toczyła wody blisko powierzchni, pod farmą, i dlatego ich studnia miała głębokość zaledwie trzech metrów, a żwir w Bear Creek był krągły, gładki i składał się z kamieni morenowych, obrobionych przez lodowiec.
John oświadczył, że trzęsienie ziemi, które nastąpiło przed jego urodzinami, było jednym ze Znaków.
Tratwiarze rzadko jednak obierali tę drogę - a przynajmniej nie przepływali tędy wtajemniczeni. Trasa była znacznie bardziej niebezpieczna, świeże klify osypywały się do rzeki, nie brakowało tu wysp. Większość podróżnych wpadała zwykle na mieliznę na długo, zanim udało się im dotrzeć w dół nowego odgałęzienia.
Verity wpatrywała się w górę rzeki, obserwując nadpływającą tratwę. Na środku pokładu stał szałas - wszystkie tratwy miały takie schronienie, jedno lub więcej w zależności od rozmiaru.
U rumpla stała wysoka kobieta. Nagle pochyliła się nad drążkiem. Może to ona krzyczała i łkała.
Verity nawet nie drgnęła, wiedząc, że na jej oczach rozgrywa się coś ważnego. Nigdy nie widziała tratwiarzy, kiedy była sama. Wcześniej zdarzyło się to tylko dwukrotnie, gdy obok stał Blaze. Odciągnął ją wtedy i mruknął szorstko, że nie powinna tego oglądać, a w ogóle to muszą trzymać się z dala od zarażonych.
Jeden z podróżnych - Verity uznała, że kobieta - osunął się na pokład. Sterniczka puściła drążek i potrząsnęła leżącą, lecz upiorny śpiew nie ustał. Stojąca z krzykiem kilka razy brutalnie kopnęła towarzyszkę, przesuwając ją ku burcie, a na koniec zepchnęła ją z tratwy. Ofiara zniknęła pod powierzchnią wody. Tratwa wpadła w wir i obróciła się, Verity zaś obejrzała podobną scenę jeszcze raz, kiedy drugie ciało z głuchym pluskiem lądowało w toni. Kobieta przenikliwie krzyknęła, a ludzie, którzy pozostali na pokładzie, zaśpiewali radośnie.
Cairo położyła uszy po sobie i popędziła w górę rzeki, jakby w oddali dostrzegła lisa.
Słońce stało wysoko niczym ogromna kula czystego, stłumionego dźwięku, rozbrzmiewającego echem w Verity, kiedy, tuż za mostem, dostrzegła trzecie ciało spychane do wody.

- Nie nosiłaś dzisiaj kapelusza - zauważyła Evangeline, kiedy wyczerpana Verity otworzyła prowadzące do domu siatkowe drzwi i puściła je, aby się za nią zatrzasnęły. Evangeline wierzchem dłoni dotknęła policzka Verity, po czym odsunęła rękę. - Poparzyłaś się, a twoja jasna cera tego nie znosi. Masz już za sobą trzy poparzenia, a jeszcze nie skończyłaś siedemnastu lat. Uważaj na siebie, dziewczyno! - Pokręciła głową, wracając do wbijania jaj do miski stojącej na blacie. Verity miała nadzieję, że to na placek.
Podłączyła się kiedyś do starej książki farmakologicznej i dowiedziała się, że w poprzednim stuleciu dramatycznie wzrosła zachorowalność na raka skóry, a przyczyną tego zjawiska był krótkotrwały rozbłysk na Słońcu, który doprowadził także do zerwania komunikacji radiowej. Wiedziała też, że istnieją lekarstwa na tę chorobę - miały one coś wspólnego z genami - których szejkerzy nie mogli stosować ze względu na zakaz w Piśmie. Tak czy owak, Evangeline przesadzała z troską o Verity.
- Przepraszam - mruknęła, nie wspominając o Pszczole ani o tratwiarzach, swoich osobistych cudach. Być może zachowała się samolubnie. Szejkerzy wymyśliliby jakiś sposób na ich zniknięcie. Może dzięki nim przestałaby je uważać za cuda, a może i oni uwierzyliby i zareagowali strachem albo złością.
Wieczorne słońce zalewało zachodnie okna, a utkane przez Blaze'a zasłony - w drobne, turkusowe trójkąty i różowe paski - jaśniały w dużej jadalni, wybrzuszając się pod wpływem podmuchów wiatru, leniwego niczym łagodny oddech żółwia.
Evangeline zamieszała w garnku pszenżyto i parujący płyn wypuścił bąbelki powietrza. Verity zajrzała do naczynia i zobaczyła w nim pomarańczowe kawałki marchwi. Zmarszczyła nos na widok garnka rzepy, której nie cierpiała pod żadną postacią. Wieczorny posiłek zapowiadał się bezmięsnie. Nie miała nic przeciwko temu, gdyż i tak nigdy nie jadała mięsa, chociaż chodziła polować na króliki, jeśli inni nalegali.
Ev uniosła czarną brew, wygiętą na jej białej twarzy niczym skrzydło kruka. Verity westchnęła i ruszyła do jadalni, gdzie zaczęła zdejmować krzesła ze ściany. Było ich osiem. Starannie poustawiała je przy wielkim, dębowym stole, a następnie rozłożyła osiem serwetek Blaze'a, tych w plamy, farbowanych w soku buraczanym i pomalowanych w zielone paski. John sprzeciwiał się temu i niezmiennie narzekał, że Tysiącletnie Prawa wyraźnie zabraniają pasków. Na koniec postawiła na blacie lampę, bo zmrok zapadał teraz wcześniej.
Dobiegł ją tupot stóp na ganku. Drzwi do kuchni otworzyły się i do środka wpadła roztańczona Sare. Była zarumieniona i wirowała tak gwałtownie, że jej spódnica unosiła się. Zaraz za Sare do domu wmaszerował John, zdaniem Verity znacznie bardziej błękitny niż zwykle, przepełniony uczuciami, które nadawały mu niebieską barwę. Nie mogło chodzić o seks, bowiem szejkerzy przestrzegali celibatu. "Możliwe jednak - pomyślała Verity - że to miłość". Ona była dozwolona. Twarz Johna rozpromienił nietypowy dlań uśmiech, gdy mężczyzna stanął nieruchomo i wbił spojrzenie w Sare.
Przez chwilę wydawało się, że w pokoju nie ma nikogo. John podszedł do Sare, ściskając w dłoni kosz jabłek, które zebrali. Wyglądał tak, jakby chciał je złożyć w ofierze.
Potem odwrócił się, ujrzał Verity oraz Evangeline i zamrugał zaskoczony. Jego uśmiech znikł, a w oczach błysnął smutek.
- To już jedne z ostatnich jabłek - oznajmił i postawił ciężki kosz na blacie kuchennym. Tę odmianę nazywano przezroczystą. Był to jeden z wynalazków genetycznych, podobnie jak każda wiewiórka, lis czy jeleń. Znak praw autorskich do zwierząt widniał zwykle za prawym uchem gatunków futrzastych, chociaż od czasu do czasu Verity napotykała stosowne symbole między nogami stworzeń, w formie zabarwionej pigmentem skóry. O jabłkach powiedział jej Blaze, co nie oznaczało, że bezkrytycznie wierzyła w jego słowa.
- Natychmiast zabierz stąd tego psa - zażądała Sare. Verity z trudem ukryła irytację. I tak miała szczęście, że pozwolili jej zatrzymać Cairo, gdyż w Rozdziale VII Tysiącletnich Praw wyraźnie napisano: "Żaden Wierzący nie może bawić się z psami i kotami ani też pozwalać sobie na niepotrzebne kontakty z dzikimi zwierzętami, jak również z wszelkiego rodzaju drobiem i ptactwem". Poza tym oświadczono jasno: "Żaden pies ani kot nie może przebywać w rodzinie żyjącej w społeczności". Ponadto nie wolno było nadawać zwierzętom chrześcijańskich imion. Kair był miastem, ale Verity nie mogła zrozumieć, po co w ogóle wprowadzono to ograniczenie, skoro całkowicie zakazano trzymania psów. O Cairo wielokrotnie dyskutowano podczas zebrań, lecz zwierząt nie wolno było krzywdzić - zupełnie jakby zabijanie na mięso nie było krzywdzeniem, a szejkerzy zawsze jedli mięso - suka zaś nie chciała odejść, toteż ostatecznie ją zaakceptowano. Verity nigdy nie przyznała się przed nikim, że dzieli z psem obrazy w umyśle - to by przesądziło o losie Cairo. O ile ktoś by w to uwierzył.
Verity wysunęła szufladę, aby wyciągnąć sztućce, lecz szarpnęła zbyt mocno i szuflada rozbiła się o podłogę. W dziewczynie narastało dziwne uczucie, wywołane widokiem Johna i Sare, tak szczęśliwych przebywaniem z sobą.
Przez chwilę wpatrywała się w bałagan na podłodze, po czym bez zastanowienia oświadczyła:
- Widziałam dzisiaj Pszczołę.
Wszyscy w kuchni - John, Sare, Evangeline, a także Blaze, który właśnie stanął w drzwiach - spytali:
- Gdzie?

Ev poprosiła o błogosławieństwo: "Dziękujemy Ci, Panie, za ten dar czystego, nieskalanego i ludzkiego życia", a potem wszyscy chwycili się za dłonie i wsłuchiwali w łopot zasłon, zakłócający chwilę ciszy. Wreszcie ponownie wbili wzrok w Verity.
- Nie mogłam jej wyłowić, nawet jej nie dotknęłam! - tłumaczyła po raz setny, zastanawiając się, dlaczego miałaby unikać takich stworzeń i skąd jednocześnie bierze się ta nieodparta ciekawość. Postanowiła nie wspominać o tratwiarzach, a zwłaszcza o tym, jak kilku z nich wypchnięto za burtę.
Blaze poczuł się urażony, gdyż nie powiedziała mu o tym od razu. Przejęty John zadawał starannie przemyślane, trafne pytania o wygląd stworzenia i wysokość lotu. Chciał wiedzieć dużo więcej, lecz Verity nie potrafiła rozwiać jego wątpliwości ani precyzyjnie opowiedzieć o tym, co widziała, chociaż nieustępliwie ponawiał pytania.
Verity dostrzegła, że Sare nie może doczekać się końca kolacji, aby pobiec do swojego pokoju i zapisać coś w pełnej skomplikowanych słów i liczb księdze, w której odnotowywała rozmiary płatków kwiatów, liczyła, ile marchwi można uzyskać z jednego nasiona w czwartym pokoleniu, a także rejestrowała wyniki swoich pomiarów natężenia zarazy, zbieranych przez niewielkie, brzęczące urządzenie. Stało daleko od głównych budynków, we własnym, małym domku. Był to jedyny akceptowany przedmiot z Lat Kwiatów, gdyż chronił ich przed śmiercią lub, co gorsza, zniekształceniem, uniemożliwiającym im pójście do nieba.
Tai Tai jak zwykle wyglądała surowo. Była smukła i mocna jak krzew jeżyn. Kładła nacisk przede wszystkim na czystość oraz stare zasady. Wiedziała prawie wszystko o Latach Kwiatów, lecz najmniej o nich mówiła.
- Najlepiej zapomnieć - powtarzała.
Ev powiedziała Verity, że cała rodzina Tai Tai została złapana w pułapkę i zjedzona niedaleko Wschodniego Szwu w Cincinnati, gdzie proces Konwersji wymknął się spod kontroli. Ev nie wyjaśniła, w jaki sposób starzy, nieżyjący już szejkerzy znaleźli dziecko o imieniu Tai Tai. Obserwowali ją przez tydzień, zanim podjęli decyzję w sprawie chudej, dziesięcioletniej istoty, która każdego ranka zanosiła trociczkę do Szwu, słynnej z brutalności części Edgetown, zupełnie nieodpowiedniej dla małych dziewczynek. Kiedy poranne światło prześlizgiwało się po gładkim murze, wysokim niczym drapacze chmur, gdyż, rzecz jasna, był on nie w pełni ukształtowanym embrionem kolejnego wieżowca, zapalała trociczkę, wpatrywała się w mur i szła na szaber. Dbała o wygląd i czystość, włosy plotła zawsze w warkocze. Wywarła na szejkerach korzystne wrażenie, więc ją uratowali. Od dzieciństwa zapisywała liczby i symbole, które Verity kiedyś podejrzała. Interesowały ją nawiasy, kropki, cyfry, litery - słowem, wszystkie możliwe znaki, splątane w niezrozumiałą całość.
To ona wyznała małej Verity, która budziła się z powodu koszmarów nocnych, trzęsła i co noc wypłakiwała w łóżko, że Kwiaty na dachach budynków - senne koszmary Verity - są prawdziwe. Prawdziwe, żyjące i równie aktywne jak krzewy hortensji, gęsto porastające okolice domu.
- Ach, wszystkie te niegodziwe Kwiaty. Dlaczego zadajesz mi takie pytania? - Mocno uściskała Verity. Jej koszula nocna wydawała się śnieżnobiała w świetle księżyca, które sączyło się przez okno i nadawało zielono-żółtej kołdrze ciemniejszą barwę. - Są genetycznie zmodyfikowane. Wielkie. Kiedy unosiły łebki z budynków, gdy kwitły, wszyscy byliśmy tak bardzo przerażeni, biegliśmy… to potworne, że takie wielkie Kwiaty mogą żyć… nano to zło, grzech przeciwko Bogu i ludzkości.
Verity nie pamiętała nic z tego, co się stało później, poza płaczem. Tai Tai nie chciała więcej rozmawiać. Co jednak dziwne, od tamtego czasu Verity mogła normalnie sypiać, a jej sny o Kwiatach były pogodniejsze. Cóż, Tai Tai nie skomentowała wiadomości o Pszczole, lecz niewiele jadła i tylko wyglądała przez okno. Jej szczupła, mahoniowa twarz była ściągnięta, a usta mocno zaciśnięte.
Russ, stary, uwielbiany przez Verity mężczyzna, często żartował. Jego okrągła, łysa głowa połyskiwała łagodnie, kiedy zapalali latarnię.
- Widzisz, Verity, miałaś szansę, aby wyrwać się stąd, od nas, starców - powiedział. - Dlaczego po prostu nie wskoczyłaś jej na grzbiet i nie odleciałaś?
Tai Tai nie odrywała od niego wzroku.
Russ zwrócił się do niej:
- Zdaje się, że chcesz, aby ona była taka jak ty, stara kobieto. Nigdy nie wpuściłaś mężczyzny do łóżka, a przez tyle lat miałem na to taką ochotę. - Mrugnął do niej zza stołu, a usta Tai Tai zacisnęły się jeszcze mocniej. Rzuciła serwetkę i prychnęła.
- Nie powinieneś jej prowokować w taki sposób, Russ - odezwał się niepotrzebnie John. Dom należał do Russa, wychował się w nim, zanim rodzice przekazali go społeczności szejkerów. Nie ukrywał faktu, że uprawiał seks i uważał go za coś cudownego.
- To nie musi się wiązać z reprodukcją - poinformował któregoś dnia Verity, gdy była mała i towarzyszyła mu podczas przycinania jabłoni. Praca dziewczynki polegała na bieganiu pod drzewami i zbieraniu chrustu na opał. - Te tchórzliwe istoty tego się jednak obawiają. Nie winię ich za to. Istnieją pewne niebezpieczeństwa, nie przeczę. Może po prostu mi się poszczęściło. Nigdy nie wiadomo, jakie będą tego konsekwencje, o nie, ha! Czasem stado smoków albo kobieta tak inteligentna, że niech się słońce schowa. Jak Tai Tai. Nie w tym rzecz, że to coś złego, ale Tai Tai chyba tak uważa. Biedactwo. Albo ludzie, którzy widzą pewne rzeczy inaczej. To jest problem. Teraz wszystkie geny są tak dziwnie przemieszane, że ludzie po prostu boją się tego, co im się może przytrafić. Przynajmniej ci ludzie. - Westchnął, ściął gałązkę i mówił dalej, jakby do siebie: - Tak czy owak, na pewno udaje im się kontrolować przyrost ludności. Verity, kiedy będziesz starsza, pamiętaj, że nie musisz tutaj mieszkać do końca życia. Ludzie tu są najlepsi na świecie, ale z pewnością nie jedyni, a jak na ciebie patrzę, to myślę, że taka dziewczyna chciałaby wiedzieć więcej niż inni.
Verity długo myślała o smokach, aż w końcu spytała o nie Ev.
- Nie słuchaj wszystkiego, co gada ten niemądry starzec - usłyszała w odpowiedzi.
Kiedy więc Russ opowiedział jej o Pszczołach, uznała jego słowa za jeszcze jedną bajkę, chociaż chyba wszyscy szejkerzy wierzyli, że Pszczoły naprawdę istnieją. Dla Verity była to jednak zwykła bujda, podobnie jak smoki.
Aż do teraz.
Wieczorem, podczas sprzątania ze stołu, wszyscy zachowywali się tak, jakby trafili do nieba. Krążyli po kuchni, wykonując harmonijne ruchy jak w tańcu. Blaze siedział przy swoich cymbałach ("Usiłujesz znowu wymigać się od pracy?" - spytał Russ) i grał jakąś melodię z głowy. Potem zagrał coś Bacha, a wreszcie pieśń tratwiarzy. Sare nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby nie to, że nie podobała się jej treść utworu.

    Mam ja mulicę imieniem Sal
    Na piętnastej mili kanału Erie,
    Ciężko pracuje, gdy ciągnie mnie w dal,
    Na piętnastej mili kanału Erie.

Rzecz jasna, zagrał tę melodię tylko dlatego, że wszyscy znajdowali się w pobliżu. Blaze mrugnął do Verity, zamyślonej nad słowami piosenki i przerażającymi zdarzeniami, których była świadkiem w ciągu dnia. Nie miała pojęcia, czemu nikomu o nich nie powiedziała.
Pewnego wiosennego dnia Blaze zabrał trzynastoletnią Verity w okolice Miamisburga, aby pokazać jej stare koryto kanału.
- Ma dwieście lat - poinformował dziewczynę. - Patrz. - Ukląkł i wydobył jakiś lepki, czarny i kruchy przedmiot. - Asfalt. Kiedyś było tu także małe lotnisko. Wiesz, że bracia Wright mieszkali w Dayton? Jeden z prapraprapradziadków Russa - wszystko jedno, który - należał do ich klientów. Mieli sklep z rowerami. Myślę, że ta linia kolejowa wówczas funkcjonowała. Cztery środki transportu dostępne były równolegle.
- Skąd to wszystko wiesz? - spytała, wpatrując się w płytkie zagłębienie. - Wygląda jak zwykły rów. Ledwie go widać. W dodatku jest dość płytki.
- Nie musiał być głęboki - upierał się Blaze. - Nawet nie mógł. Kopanie rowów należało do męczących zajęć. Wtedy ludzie nie mieli zbyt wielu maszyn, podobnie jak teraz. Zresztą dna łodzi były płaskie. Muły ciągnęły barki. Możesz o tym poczytać w książce historycznej w bibliotece.
Blaze utrzymywał, że stare tory kolei parowej przebiegają przez południowo-wschodni róg domu. Twierdził też, że widywał pociąg widmo, który nie zatrzymywał się na wezwanie. Verity szwendała się po okolicy, aby odnaleźć ślady szyn, lecz nic nie znalazła. Blaze miał bzika na punkcie pociągów. Kiedy miasta uczuliły się na siebie, przecinające Amerykę Północną tunele Maglev wysadzono, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Mimo to Blaze bezustannie usiłował dociec, czy pociągi kiedykolwiek wyjeżdżały w Dayton na powierzchnię ziemi, a jeśli tak, to gdzie.
- Pokaż mi książkę i zaznacz stronę, na której jest mowa o kanale - zażądała Verity. Najlepszym rozwiązaniem było sprawdzenie źródeł informacji Blaze'a. Wskoczyła do rowu, który nazywał korytem kanału, i wylądowała na wysokiej, suchej trawie. Tupnęła głośno, aby odstraszyć węże, mogące się czaić w pobliżu. Niekiedy przyłapywała go na zmyślaniu, ale gdy była młodsza, wierzyła w każde jego słowo i teraz było jej głupio. Często opowiadał o stacji kolejowej w Cincinnati, choć było to niedorzecznością.
- Może i tak zrobię, Demonie - zaperzył się, złapał ją za chude ręce i mocno ścisnął. Wpatrywał się w jej źrenice zielonymi oczami, które nie mrugały. Potem rzucił się pędem przed siebie. - Ścigamy się do domu! - krzyknął, a jego głos śmiesznie się załamał. Rzecz jasna, wygrał. Darami Blaze'a były: baseball, muzyka, opieka nad trzema końmi do orki i pięcioma wspaniałymi, szybkimi wierzchowcami, a także bardzo szybki bieg. To mnóstwo darów, zważywszy, że Verity dysponowała tylko jednym: darem tańca.
Wytarła naczynia i wyjrzała przez okno nad zlewem, przyglądając się nocnemu niebu, zroszonemu gwiazdami nowego wieczoru, łagodnymi w odróżnieniu od intensywnych i jasnych gwiazd zimowej nocy. Wszyscy już skończyli swoje zajęcia i przygotowywali pokój do wieczornej medytacji. Russ oświadczył, że ze względu na Ożywienie w Cincinnati całą tą męczącą robotą zajmowała się nano.
- Ale nigdy nie wiadomo, jak będzie później - dodał z uśmiechem i mrugnął, jakby wszyscy najbardziej się bali tego, że zrobi następny dowcip. Kiedyś wsiadł do pociągu Maglev i zapuścił się aż do Denver. Stało się to w najlepszym okresie końca Lat Kwiatów. Księga Blaze'a pełna była opowieści Russa, nabazgranych tak niewyraźnie, że Verity nie mogła ich odczytać.
A jej księga?
Wytarła ostatnie naczynie i odłożyła je na półkę. Oczyściła blat i wsunęła drucianą suszarkę pod zlew. Wszystko wysprzątała. Zgasiła światło i na moment pogrążyła się w ciemności, nasłuchując nocnych dźwięków zza otwartego okna. Sad szumiał na łagodnym wietrze, śpiewały umierające świerszcze. Zastanawiała się nad tym, co teraz wpisać do księgi.
Oczywiście Pszczołę fruwającą jej nad głową, lecz jak mogła opisać sposób, w jaki owad mierzył ją dziwnymi i cudownymi oczami?
Jej księga pełna była rysunków, na których trudno było przedstawić pewne rzeczy, lecz - być może - łatwiej zaprezentować inne. Zawsze się na tym kończyło. Na rysunkach. Czasami zastanawiała się: dlaczego? Czemu nie używała słów, jak Blaze, albo liczb, jak Sare i Tai Tai?
Rozległa się muzyka. Blaze zagrał kilka nut na organach i zaczęli śpiewać:

      Z Matczynej miłości poczęta,
      Nim światy zaistniały,
      Jest Alfą i Omegą,
      Jest źródłem i finałem.
      Z rzeczy, które są i były
      Ujrzy przyszłe lata
      Na zawsze. Na zawsze.

Verity odwiesiła ręcznik i przyłączyła się w drugim wersie.
Po odśpiewaniu hymnu siedzieli cicho i nieruchomo na ławach w sali zebrań.
Verity czuła, jak przenika ją wielkie błogosławieństwo, rozkwita w niej niczym świetlisty pąk, który czerpie doskonałość z powietrza i oddaje ją natychmiast jej ciału, aby tam zbierało się wewnątrz kości, skoncentrowane, promienne, i gna wyżej, przez kręgosłup, by wreszcie rozwiać się gdzieś nad jej głową.
Verity zadrżała, lecz nie zwróciła na to uwagi. Opuściła głowę tak, że jej włosy otarły się o policzki. Drżała tak przez mniej więcej pięć minut, aż wreszcie tkwiące w niej światło nasiliło się i rozgrzało. Wiedziała, że gdyby otworzyła oczy, wszystko byłoby skąpane w jasności, a jeśli spojrzałaby na twarze osób wokół siebie, miałaby wrażenie, że zdarzało się to już miliony razy.
Światło pociągnęło ją za sobą na środek podłogi, wyprostowaną, lecz gibką. Czuła narastający w niej Taniec, który w pewnej chwili ją porwał.
Zawirowała, jakby jechała na łyżwach po Bear Creek. Obróciła się i nagle zamarła, wyciągnęła przed siebie ręce, spodem dłoni do góry, i zaczęła tańczyć, raz za razem wykonując skomplikowane kroki.
Z oddali usłyszała, że Blaze ponownie gra. Melodia brzęczała w jej uszach niczym rój pszczół, a potem wybuchła jak jaskrawe kwiaty. Uświadomiła sobie, że inni przyłączają się do niej, kolejno, jeden po drugim. Otworzyła oczy i przypatrywała się, jak wszyscy się rozpraszają i grupują, kręcą, wirują i w końcu nieruchomieją w jednej chwili, zupełnie jakby przedtem ćwiczyli. Ten Taniec, manifestacja jej daru, był jednak inny.
Tego samego wieczoru zapisała nowy Taniec w swojej księdze, jak zwykle za pomocą kół, iksów i strzałek. Składał się on z pięciu części, łatwych do zapamiętania. Mogła go przekazać innym, żeby dodali go do własnych zbiorów. Właściwie nie było to konieczne, lecz tego chciała.
Przekonali się, że są zgodni co do jej Tańców. Niekiedy podczas zebrania ktoś wstawał i tańczył kilka kroków, a inni, dobrze pamiętając układ, przyłączali się i przez pewien czas tworzyli coś niezwykłego. Taniec stanowił istotny element rytuałów starych szejkerów, lecz przed przybyciem Verity nowi szejkerzy korzystali wyłącznie z dawnych rysunków i opisów.
Zamknęła księgę. Dzień okazał się bardzo dobry. Najpierw cuda, potem dostała dar. Czy mogła pragnąć czegoś więcej?
Przebrała się na noc i zgasiła światło. Położyła się przy otwartym oknie, a potem sięgnęła pod poduszkę i dotknęła kamienia radiowego.
Tej nocy działał.

Dwa
Bije tobie
Następny miesiąc był pełen prac związanych ze żniwami: kiszenia, konserwowania i suszenia. Na koniec mogli wreszcie odpocząć w porze mrocznej wygody. W jej pierwszych dniach Verity przebudziła się, słysząc Dzwon.
- Nie - powiedziała mu, kiedy rozproszył się wyrazisty sen, pełen zapachu i koloru. Dzwon oznaczał nie tylko niebezpieczeństwo, lecz także coś więcej. Obróciła się i przeciągnęła, a wtedy "nie" zmieniło się w "tak". Jak zawsze.
Ciemność pod jej powiekami nie była krwistoczerwona, lecz czarna. Otworzyła oczy i ujrzała, że czyste, białe ściany pokryte gipsowym tynkiem są szare. Nie musiała odwracać się i patrzeć w okno, aby wiedzieć, że niebo jest stalowe i ciężkie, a jeśli jeszcze nie pada, to zacznie przed południem.
Ubrała się.
Było jej głupio z powodu kradzieży jednego z bochenków chleba, które John zostawił do wystygnięcia, lecz pocieszyła się, że to tylko jeden, a pozostało ich jeszcze wiele, równo ułożonych w rzędzie, brązowych i aromatycznych, niezbyt ciepłych. Wierzch chleba był gładki i miękki, gdyż John posmarował każdy bochenek olejem sojowym.
Zasznurowała wygodne buty, te o ciężkich podeszwach z protektorami i jakimś koreańskim napisem na spodzie. John przyjrzał się im z powątpiewaniem, kiedy rok wcześniej wyciągnęła je ze sklepu w Dayton, przyzwoitego i schludnego lokalu, w którym na ladzie wciąż leżała pożółkła faktura, tuż obok zgaszonego komputerowego czytnika wzroku. John wyjaśnił, że czytnik mógł wyczuć intensywność spojrzenia, i zadrżał, poruszony martwą prostotą otoczenia. Nie znosił Dayton, bo grasowały tu gangi zdziczałych dzieci. Verity była ciekawa, skąd się brały, bo John utrzymywał, że nie mogą się zestarzeć. Zatem skąd przybywały nowe dzieci? Poza tym nigdy żadnego nie spotkali. John rzucił jej zirytowane spojrzenie, jak zawsze, kiedy nie znał odpowiedzi, i przestała go dręczyć, chociaż nadal o tym rozmyślała.
Tak więc uważnie przyjrzał się butom, wypatrując niewielkiej, świecącej plamki z literą "n", chociaż Dayton nie było Ożywione. Jak sam powiedział:
- Nigdy nie wiadomo, w jaki sposób rozprzestrzeniają się te diabelstwa, nie ma żadnych gwarancji. - Następnie wzruszył ramionami i przekazał buty Verity.
Pod chlebem, w jej żółto-czerwonym, tkanym plecaku znalazło się kilka jabłek, nieco suszonych chrupków z tofu oraz słój, który mogła napełnić wodą, by je moczyć podczas marszu. Niewiele, ale nie zamierzała odchodzić na długo.
W jadalni usłyszała odgłos kroków. Odwróciła się i wybiegła przez drzwi, prosto między wielkie gałęzie jabłoni, których liście czerwieniały w jesiennym chłodzie.
Popatrzyła na słońce i pomyślała, że musi podbiec, aby dotrzeć na miejsce popołudniem. Panował przyjemny chłód, lecz chciała znaleźć się na miejscu jak najszybciej.
Za sobą usłyszała szelest trawy. Odwróciła się i ujrzała Cairo, wynurzającą się z zarośli.
- Myślałam, że cię zamknęłam na klucz - rozzłościła się na psa. - Nie wzięłam dla ciebie nic do jedzenia.
Po drugiej stronie pola coś się poruszyło. Verity znieruchomiała, lecz przyszło jej do głowy, że to na pewno wiatr albo małe zwierzę.
- No dobrze, idziemy - westchnęła.
Opuszczenie Terytorium Szejkerów zajęło jej pół godziny. Nie było żadnej ścieżki, gdyż zwykle korzystali z drogi do Dayton, mijając kilka kilometrów Redystrybuowanej Ziemi Rolnej, którą Partia Ohio wywalczyła od Cholernego Rządu (jak go nazywał Russ). Potem wszystko diabli wzięli (nic dziwnego, podsumował Russ, wszystko, co ma związek z Cholernym Rządem, musi się prędzej czy później zawalić). Verity wolała jednak unikać drogi. Zaniepokojony John właśnie tam zacząłby poszukiwania. Z pewnością wyruszyłby za nią na rowerze lub konno. Źle się czuła z tym, że mu nie powiedziała o swoich planach. Zawsze go informowała, lecz jak zwykle zadałby zbyt wiele pytań. Poza tym miała prawo chodzić tam, dokąd jej przyszła ochota, odpowiedzi zaś łatwiej się udzielało po fakcie.
Maszerowała po suchych liściach, które wiatr unosił i obracał, tworząc niewielkie, gęste wiry. Przejaśniało się. Plamy czystego błękitu sprawiły, że Dzwon zajaśniał na niebie za jej plecami i stali się jednością. Kiedy dotarła do przedmieść Dayton, przesunął się i zadźwięczał delikatnie. Weszła na położoną na uboczu alejkę, przy której stały puste, podupadające budynki. Zatrzymała się i zamknęła oczy.
Dzwon pojawiał się tylko raz w roku. Trochę się bała, że któregoś roku go nie ujrzy, lecz zawsze powracał.
Musiała zawrócić ku słonecznej drodze, aby pokonać zniszczony most. Jezdnia zapadła się do niemal całkowicie wyschniętej rzeki Dayton, obecnie nie większej od strumienia, lecz chodnik naprawił się samoczynnie. Był wąski, z jednej jego strony stała barierka. Stare koryto rzeki zarosło drzewami i zielskiem, lecz Verity dostrzegła błysk przedniej szyby starego, zardzewiałego autobusu nisko pod mostem, gdzie kiedyś płynęła głęboka woda. Któregoś dnia wraz z Blaze'em zeszła tam, aby urządzić sobie piknik na dużym, płaskim głazie obok wraku. Główny nurt rzeki skierował się teraz na wschód od Dayton i przebiegał kilka kilometrów dalej, na północnym wschodzie miasta. W wyniku zmiany koryta woda odsłoniła wielobarwne warstwy skał i zalała liczne budynki w śródmieściu. Nie przerywając marszu, Verity przyglądała się pierzastym gałęziom na wierzchołkach drzew, wciąż ozdobionych niewielką liczbą żółtych, pomarańczowych i czerwonych liści.
Gdy znalazła się w opuszczonym mieście, drogę do biblioteki mogła pokonywać odcinkami i w wyznaczonych miejscach skręcać. Dzięki temu podążała pewnie naprzód, zanurzona w mieszance wyrazistego światła, dźwięku i zapachu. Od czasu do czasu na jej drodze pojawiał się stos gruzów, lecz bez trudu korygowała trasę.
Wedle jej oceny właśnie minęło południe, kiedy, spocona, opadła na szerokie, kamienne schody biblioteki. Poczuła ich chłód, przenikający przez cienkie, brązowe spodnie. Ev jeszcze nie rozpakowała zimowych ubrań: wspaniałych, wełnianych szalików, ciepłych i łaskoczących, ogromnych, skórzanych rękawic i kombinezonów: według Evangeline, której długie, brązowe włosy opadały na kolorowy stos przedmiotów, uszyto je z jedwabiu, a podobna informacja znajdowała się na metce. Były jednak przeplatane połyskującymi włóknami. Verity podejrzewała, że mogą być Zabronione przez Pismo, lecz zignorowała zakazy, przekonawszy się, że ubrania są ciepłe i lekkie. Gdy spytała Johna o włókna, zachmurzył się, westchnął i powiedział, że ma rację, kryje się w nich technika, lecz dodał, iż z pewnością nie chodzi o Ożywioną technikę, tylko o coś, co samo z pewnością nie mogłoby funkcjonować bez innych rzeczy, tak samo jak komputery wyłączyły się, gdy w Dayton zabrakło prądu.
Verity uśmiechnęła się do Cairo i rzuciła psu ćwierć bochenka. Zwierzę połknęło chleb w kilku dużych kęsach. Pomyślała, że John nie wie o tym, iż wszystkie informacje kryją się w bibliotece, a komputery najprawdopodobniej są zasilane energią słoneczną. Verity miała pewność, że nie jest to energia Ożywiona, bo w przeciwnym wypadku przenigdy nie poszliby do Dayton. Rzecz w tym, że te przedmioty nigdy nie umierały. Pomyślała, że żyją we własnym niebie, zapewne innym od nieba szejkerów, lecz jeśli o nią chodzi, wszystko wyglądało tak jak trzeba. Przedmioty były wieczne i na tyle inteligentne, aby zdawać sobie z tego sprawę.
Przypadła jej do gustu pewna opowieść o Starych Szejkerach, tych, którzy dotarli na Granicę Ohio w osiemnastym wieku. Kiedy przystąpili do organizowania swojej społeczności, spotkali się z prześladowaniami. Ludzie nieprzychylnie traktowali osoby żyjące w celibacie, nawet jeśli ciężko pracowały i zajmowały się uczciwym handlem. Lebanon, położony na południowy wschód od Dayton, stał się ośrodkiem wyjątkowo agresywnych konfliktów. Mieszkańcy Dayton, miasta zbliżonego wielkością do Lebanonu, okazali się przychylni i życzliwi.
Bóg nakazał im przekląć Lebanon i pobłogosławić Dayton, toteż szejker przemierzył Lebanon, krzycząc: "Hańba, hańba, hańba" i pojechał do Dayton z okrzykiem: "Niech będzie błogosławione to miasto".
Dayton rozkwitło. Lebanon podupadł.
Starzy Szejkerzy najwyraźniej dysponowali znacznie większą mocą od Nowych.
Cairo warknęła, a Verity poczuła ukłucie na karku. Ktoś był na końcu ulicy. Może to nigdy przez nią nie widziany gang dziecięcy, którego tak bardzo obawiał się John? Patrzyła uważnie, lecz nic nie dostrzegła.
Niewykluczone, że to wiatr bawił się liśćmi: ulice porośnięte były gęstymi drzewami, które wyłaniały się z betonu, a znaki drogowe niejednokrotnie ginęły za gęstą zasłoną winorośli. Właściwie tylko dlatego John sprowadził ją do Dayton.
- Najwyraźniej masz dobrą pamięć do miejsc - przyznał. Nie mylił się.
Gdziekolwiek poszła, zawsze znajdowała drogę powrotną. Tam i z powrotem, zupełnie jakby w jej umyśle otwierała się mapa. Tymczasem John łatwo się gubił, a wówczas wpadał w panikę.
Zresztą Dzwon po raz pierwszy skontaktował się z nią właśnie tutaj. Wielki ekran wewnątrz biblioteki rozbłysnął i ukazał jej plan Dayton. Potem ochoczo wyświetlał kolejne mapy: Amerykańskie Drogi Wodne 2032; Wielka Demokracja Chińska; Społeczeństwo Południowej Ameryki w 2023 roku, w kolorze. Stąd wiedziała, gdzie leży Tokio, jedyna rozgłośnia, którą mniej więcej raz w miesiącu odbierał kamień radiowy. Zapamiętała wszystkie. Nie potrafiła jednak przypomnieć sobie ani jednej mapy, na której przedstawiono by stare kanały, przecinające Stany Zjednoczone w dziewiętnastym wieku. Chyba powinna poszukać właśnie takiej.
Wstała i strzepnęła okruchy z kolan. Ponownie się zachmurzyło, zaczął padać deszcz. Krople kapały na nią z ukosa, a wiatr sprawił, że woda boleśnie chłostała ją po twarzy.
Wbiegła po schodach i położyła dłoń na czytniku. Podwójne drzwi się rozsunęły. Nie miała pojęcia, dlaczego urządzenie na nią reaguje. Może brakowało mu dotyku, pragnęło, aby ktoś z niego skorzystał. Verity odwróciła się na progu, wsunęła palce do ust i przenikliwie gwizdnęła na Cairo, która gdzieś się oddaliła.
Pies nie przyszedł. Verity zagwizdała ponownie i otworzyła usta do krzyku, lecz nagle ogarnął ją strach.
Gałęzie drzew ulicznych zadrżały na wietrze. Przyszło jej do głowy, ze zbliża się burza z równin. O tej porze roku wystarczyła godzina, aby deszcz zmienił się w ulewę. Czarne włosy Verity powiewały jej za plecami. Nie mogła zostawić psa na dworze.
Nagle ktoś ją chwycił za rękę. Odwróciła się z uniesioną pięścią.
Blaze.
Sprawiał wrażenie zagubionego i wystraszonego, zupełnie nie przypominał siebie. Miał bladą twarz, a dzięki rudy włosom jego piegi wyglądały tak, jakby ktoś je namalował. Na ramieniu powiesił sobie strzelbę na pasku.
- Verity, to ty tutaj robisz? - zdumiał się.
- Nie śledzę cię tam, dokąd chodzisz - odparła, a zza rogu wyłoniła się zadyszana Cairo. - Popatrz tylko, jak ty wyglądasz - mruknęła do psa i podniosła wzrok na Blaze'a. - To przez Dzwon. Musiałam przyjść.
- Pozwól mi pójść z sobą - poprosił błagalnie.
- Wykluczone - oznajmiła, lecz wiedziała, że nie może go tak zostawić na deszczu. - Będą się zastanawiali, gdzie zniknąłeś.
- Uprzedziłem, że idę na polowanie. To zresztą prawda. A ty co im powiedziałaś?
Spojrzała na gładką, marmurową podłogę, poprzecinaną złotymi żyłkami. Wewnątrz biblioteki rozciągały się długie cienie. Pociągnęła Blaze'a za rękaw, a za nim przydreptała Cairo. Drzwi się zasunęły. Blaze odetchnął głęboko.
- Bez obaw - odezwała się Verity, podeszła do ściany i przystawiła do niej dłoń.
Pomieszczenie wypełniło się łagodnym światłem.
- Co to jest Dzwon? - chciał wiedzieć Blaze.
Zaprowadziła go po schodach, które rozświetlały się przed nimi w miarę, jak pokonywali kolejne stopnie, a następnie gasły za ich plecami.
- Bardzo pomysłowe rozwiązanie - przyznał Blaze niepewnym głosem. - Nie powinniśmy tutaj przebywać, Verity. Wracajmy do domu. Jeśli pójdziemy drogą, dotrzemy przed wieczorem. Chodź. To miejsce jest niebezpieczne.
- Zakazane - wypowiedziała słowo, którego unikał. Dzwon był coraz głośniejszy, choć nie musiał. Dobrze wiedziała, gdzie ma się udać.
Znaleźli się w małym pokoju z czterema niedużymi kanapami. Wszystkie miały kształt ludzkiego ciała i zawsze kojarzyły się Verity z kokonami, łagodnie wygięte i zakrzywione.
- Co to za pokój? - chciał wiedzieć Blaze. Verity spostrzegła, że cały drży.
Odwróciła się i otoczyła go ramionami, a następnie przytuliła. W końcu poczuła, że Blaze się odpręża i bierze głęboki oddech. Otworzyła oczy i zrobiła krok do tyłu.
Pokój był wypełniony kwiatami, które sterczały ze ścian i z podłogi. Blaze przeszedł nad rabatką drobnych, świecących dzwonków na wiosennej polanie. Uniósł rękę, zawahał się.
- Śmiało - zachęciła go Verity. - Nic ci się nie stanie.
Wsunął dłoń w kwiaty.
- Hologramy - szepnął. - Technika.
- Powiedziałam ci, że nie powinieneś tu wchodzić.
Cairo położyła się na boku. Drzemała w otoczeniu wysokich stokrotek.
Verity podeszła do kanapy. Gdy się poruszyła, leśny krajobraz przekształcił się w łąki, a następnie zapełnił kuszącymi kwiatami preriowymi, których nazw nie znała. Świeciły intensywnie i przywoływały ją jak kamień radiowy. Poruszona, osunęła się na kanapę, która łagodnie dopasowała się do kształtów jej ciała i delikatnie wygięła wokół głowy. Nad każdą kanapą znajdował się przezroczysty ekran, zawieszony na stalowym wysięgniku. Dzwon podpowiedział Verity, jak dotykać monitora. Zawsze pomagał jej w ten sposób.
Najpierw rozbłysł napis:

COPYRIGHT OPEN DOOR LIGHTSPEED OPTICS
WERSJA 10.9/WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Reklamy nigdy się nie powtarzały. Dawało się je pominąć, ale Verity nie chciała korzystać z tego polecenia. Reklamy ją fascynowały. Tym razem obejrzała luksusowe pokoje w Hotelu Geo Space, a także coś o oprogramowaniu do domowego projektowania chińskiej odzieży, prezentowanej przez pląsające modelki. Po chwili skurczyły się i znikły, całość trwała niespełna minutę.
- Sam spróbuj - poradziła Blaze'owi Verity, lecz głos jej się załamywał z zachwytu i nie była pewna, czy nie mówi za cicho. Zdziwiła się, ale przecież w bibliotece nigdy z nikim nie rozmawiała.
Zanim otoczyła ją poświata, ujrzała jeszcze, jak Blaze się odchyla i powoli osuwa po jednej ze ścian, przecinając hologramy i zagłębiając się w nie. Złapał się za głowę i zaśpiewał, jakby odprawiał modlitwę:
Jedni wiosłują pod prąd
My płyniemy z nurtem
Hen, do Shawneetown nad Ohio.

Poświata stawała się coraz intensywniejsza, wciągała Verity do środka, silniejsza niż wspomnienia, intensywniejsza od światła.

* {AD. 795} * - Wolałabym, żebyś nie robił czegoś takiego. - W głosie kobiety pobrzmiewała złość i irytacja.
Rozpościerające się przed nim Cincinnati, jaśniejące Ożywieniem, prezentowało się oszałamiająco pięknie. Nie potrafił się oswoić z jego urodą. Nawet nocą niektóre Kwiaty pozostawały rozwinięte, a ich płatki kołysały się łagodnie w chłodnym, wieczornym wietrze.
- To tylko ćwiczenie - wyjaśnił. - Dla zabawy. W ten sposób poznaję swoje możliwości. Muszę trzymać rękę na pulsie, sama rozumiesz.
- Zachowujesz się nieodpowiedzialnie - odparła kobieta. Stała za jego plecami, a jej wykrzywiona złością twarz odbijała się w szklanym oknie, przezroczystym i nakrapianym światłami Irysa z drugiej strony ulicy. W dłoni trzymała kulkę o średnicy mniej więcej trzech centymetrów. Żałowała, że zgodziła się z nim współpracować. Była tylko studentką, choć jednocześnie ostatnią kochanką mężczyzny. Sama się w to wkopała.
- Twój projekt ma szansę powodzenia - oznajmiła cichym, drżącym głosem. - A jeśli się uda? Jeśli ten pomysł zostanie zrealizowany?
- Nie bądź niemądra. To niemożliwe. - Zaśmiał się, nie wyjaśniwszy, że do każdego nasienia Miasta wprogramował indywidualne zabezpieczenia. Potem mimowolnie popuścił wodze fantazji.
A jeśli? A jeśli naprawdę się uda?
Jeśli to się rzeczywiście zdarzy?
A jeśli… * {AD.795} *
*
Obudziła się z krzykiem.
Była poruszona. Ciężko oddychając, otworzyła usta.
Blaze stał nad nią, a w jego oczach czaiła się złość i zdenerwowanie.
- Pora się stąd wynosić, Verity - zarządził.
- Nic mi nie jest - uspokoiła go, zastanawiając się, gdzie była i dlaczego krzyczał. - Wierz mi. - Odsunęła jego dłonie.
Już odlatywała ku dużej, białej Hortensji. Spróbowała odrobinę pyłku, który zebrała: powinna go zanieść Tulipanowi, znajdującemu się pięć kilometrów za miastem. Informacja o przenoszonym pyłku musiała mieć związek z transportem hodowlanych krewetek, tego popołudnia przybywającym do Silver Streak z Seattle, a także z danymi o odbiorcach i ich płatnościach. Kwitnące okolice Cincinnati promieniowały światłem fluorescencyjnym, pszczelożółtym i pszczeloniebieskim. Jej oczy polaryzowały światło słoneczne, precyzyjnie ją prowadząc.
Nikt nie wiedział, jak to możliwe, że Pszczoły latają. Uważano, że to fizycznie niemożliwe, niemniej fruwały. Jej też udawała się ta sztuka, lecz genetycznie opracowane ciało stało się lżejsze dzięki kieszonkom wodorowym i ultralekkim płytkom, stworzonym w procesie nanobiosyntezy.
Otoczenie Verity niespodziewanie się zmieniło.
Ponownie była sobą i szła szerokim holem o oszklonym, łukowatym dachu. Szyby osadzono w zielonej pajęczynie metalowych ram. Po jasnozielonym szkle spływał deszcz. "Beaux arts" - rozległ się męski szept. Jak zawsze kontrowersyjne. Niektórzy twierdzą, że pół wieku temu właśnie na nich oparto amerykańską architekturę.
- Verity! Wstawaj!
Przestrzeń się skurczyła do objętości korytarza z nieoznakowanymi drzwiami.
Verity pomyślała, że chce zajrzeć do środka, i otworzyła pierwsze drzwi.
W środku przechowywano mnóstwo książek. Dotknęła grzbietu O Pioneers! i otoczyła ją dzika preria, słodko pachnąca pod bezkresnym błękitem nieba. W wysokiej, zielonej trawie skrywały się drobne stokrotki. Verity poczuła przypływ emocji, zupełnie jakby pospiesznie, gwałtownie przeżywała treść każdej stronicy książki, a wszyscy bohaterowie tworzyli jednolitą matrycę bytu, który rozbrzmiał niczym muzyczny akord. Verity odwróciła się, gdy obrazy ją otoczyły i przeniknęły…
- Verity! Proszę!
Głos wydał się jej bliski i chciała za nim podążyć. Czuła, że zmierza przez prerię, przez czas, przez życia, intensywne i nieujarzmione, niczym Nowa Ohio. Złapała i obróciła niewidoczną gałkę w drzwiach.
- Idę! - zawołała. - Zaczekaj! Proszę, zaczekaj!
Rozpaczliwie popchnęła drzwi i rzuciła się przed siebie.
Ponownie znalazła się na korytarzu.
Głos umilkł.
Osamotniona, szła przed siebie. Korytarz wydawał się nie mieć końca. Bała się mijanych drzwi, aż wreszcie, zmęczona strachem, straciła poczucie czasu. Odniosła wrażenie, że idzie pod górę, droga kręci się spiralnie, a drzwi stają się obrazami. Edward Hopper. Rothko. Popełnił samobójstwo. Patrz na te czarne obrazy! Ale potem - żółte. "Och, jest O'Keeffe, założę się, że ci się spodoba" - szepnął głos, a ona gromadziła w sobie obrazy, aż wreszcie dotarła do końca korytarza, gdzie drogę zagrodziły jej kolejne drzwi, które budziły w niej strach i pragnienie, by je otworzyć.
Widniał na nich obraz, przedstawiający ogromny, nieznany jej Kwiat. Ponownie O'Keeffe, najwyraźniej cieszyła się tu popularnością. Verity się zawahała.
- Verity! Proszę!
Skąd dochodził ten głos? Różnił się od głosu, który dostarczał jej informacji, był przerażony, pełen bólu, i musiała do niego powrócić. Odwróciła się od Kwiatu i pobiegła w dół, myśląc: "Nie", jakby kłócąc się z sobą, "tam nie pójdę, czy nie byłam tam wcześniej?". Wypełniło ją uczucie pustki. Odetchnęła głęboko, zdumiona jego gwałtownością, zupełnie jakby ktoś uderzył ją w piersi. Znieruchomiała, ponownie słysząc: "Verity, Verity, Verity", głos wydawał się rozzłoszczony i jednocześnie bliski łez, lecz skąd dobiegał? Zza drzwi z Kwiatem? Może skądinąd? A potem zobaczyła przed sobą
Siebie.
Verity stanęła jak wryta, patrząc z napięciem, wyczuwając fizyczną obecność kobiety, jej wyraźne istnienie. Długie, czarne włosy miała ściągnięte na karku. Była szczupła, nosiła proste, powłóczyste ubranie, wielobarwne, lecz dominował kolor żółty. Verity wiedziała, że jest niemal sobą, a jednak kimś innym.
Fragment ściany, od którego nie odrywała wzroku kobieta, zmienił się w muzykę, brzmiącą tak, jakby grała w głowie Verity. "Pojedź pociągiem "A"" - odezwał się męski głos i dodał rozbawionym tonem: "Zdecydowanie sugeruję, żebyś pojechała natychmiast".
Tamta Verity - lecz Verity wiedziała, że tamta nosi inne imię, i że to inne imię nie pojawia się, choć ma je na końcu języka - mogła przemieścić ją daleko od głosu, nawet teraz wołającego: "Verity!", a gdy kobieta wykonała gest, jakby chciała się odwrócić i ją zobaczyć, Verity zawróciła i pobiegła w górę korytarza, do końca, do Kwiatu.
Pchnęła drzwi i oparła się o framugę, przerażona jaskrawobiałym światłem, docierającym do niej niczym słońce przez mgłę. Nic nie zauważyła, lecz teraz głos zachęcał ją, by szła przed siebie. Nie! Nie rzuci się z takiej wysokości… bez skrzydeł…
Odwróciła się…
I spojrzała samej sobie w oczy.
Otworzyła usta.
- Musisz - potwierdziła kobieta o niewyobrażalnie smutnym spojrzeniu. - Ja powinnam była.
- Co tam jest? - spytała Verity. - Co takiego?
- Nie wiem - padła odpowiedź. - Lecz tu jest tylko śmierć.
I wtedy powrócił obraz Pszczoły. Ten znad rzeki.
Verity odetchnęła, wpatrując się w krwawą miazgę, która kiedyś była twarzą.
- Odmień to, błagam - poprosiła kobieta, po jej policzkach spłynęły łzy, skuliła się z bólu. - Naprzód!
Verity poczuła na plecach chłód mgły, dotarł do niej zapach wiosny. Odwróciła się, pobiegła… i skoczyła. Krzyknęła.
Wystrzeliła przed siebie.

* {QC.98325}* Otworzyła gazetę. "The Cincinnati Times-Star". Pismo zagrzechotało, gdy je rozkładała na stronach redakcyjnych. Bogaci dobroczyńcy ponownie usiłują czegoś nauczyć tych głupich Irlandczyków. Tramwaj podjeżdżał pod strome wzniesienie i ona…
Nie, on…
Dotknął prostego, stalowoszarego pudełka na lunch. W środku znajdowała kanapka z kiełbasą, zapakowana przez Stell. Wkrótce świnie zakwiczą, tuż zanim poderżnie im gardła, gdy będą zwisały przywiązane jedną nogą do łańcucha. "Wędlinapolis", nazy